Dodatek 500+ = Podatek - 100

Program Rodzina 500 + nie jest dodatkiem a nowym Podatkiem. M. Friedman powiedział, że "nie ma darmowych obiadów". Żeby ktoś zjadł obiad - ktoś musi go zasponsorować. Nie mamy więc sytuacji, że rząd w swoim dobrodziejstwie daje społeczeństwu ponad 20 mld zł rocznie. Mamy do czynienia z sytuacją, w której zabiera się czterem osobom, żeby dać jednej. Dodajmy do tego, że ten nowy podatek jest mało sensowny.

Na początku wyłożę główne tezy tekstu:
1. dodatkiem na dzieci będzie objęte tylko ok. 20% społeczeństwa,
2. 80% społeczeństwa będzie obciążone przez tę pomoc,
3. gospodarka na tej redystrybucji ucierpi a nie skorzysta,
4. system dopłat do dzieci podważa fundamentalną tezę premiera Morawieckiego o zwiększeniu inwestycji w PKB.



Dalej udowodnię powyższe twierdzenia.

1. Zostało już policzone, że dodatkiem 500+ zostanie objętych 2,7 mln rodzin oraz 3,8 mln dzieci. Przyjmując, że każda rodzina składa się z dwóch dorosłych osób (jest to pewne zawyżenie, ze względu na pewną ilość samotnych rodziców) daje to łącznie ok. 9 mln osób czyli niewiele ponad 20% społeczeństwa. Inaczej mówiąc z pięciu obywateli będzie korzystał jeden. Co więcej korzyści dla tych 20% społeczeństwa nie będą wynosiły 500 zł na jedno dziecko, bowiem wszyscy obywatele, a więc i te 20%, zostaną obciążeni kosztami tego dodatku o czym szerzej w punkcie 2.

2. Pełne roczne obciążenie budżetu z tytułu dodatku 500+ będzie wynosiło ok. 22 mld zł. Rok 2016 liczony na 17 mld jest ulgowy ze względu na niepełną ilość miesięcy wypłacania świadczenia. Jest również ulgowy ze względu na duże oszczędności przejęte przez obecną ekipę po poprzednim rządzie, które to oszczędności w dużej mierze sfinansują ten program. Trudniej będzie w kolejnych latach.

Planowane podatki od sklepów i banków szacowane są rocznie na 7-8 mld zł. Jest to tylko jedna trzecia niezbędnej kwoty, ale zatrzymajmy się na chwilę nad skutkami wprowadzenia tych podatków, a zwłaszcza nad podatkiem bankowym. Skutki podatku od sklepów będą proste - spowoduje to pewien wzrost cen, szacowany na ok. 1%, który to wzrost obciąży wszystkich kupujących: tych z dodatkami i tych bez dodatków.

Bardziej złożony jest mechanizm skutków podatku bankowego. Jest rzeczą oczywistą, że banki będą starały się zrekompensować sobie to obciążenie. Mają dwa kierunki działania. Pierwszy to redukcja kosztów własnych, co w praktyce oznacza redukcję kosztów osobowych, czyli zwolnienia albo zamrożenie/wyhamowanie podwyżek płac. Idąc tą ścieżką banki przerzucą koszty dodatku na dzieci na część swoich pracowników (tych z dziećmi też). Można jednak pocieszyć się, że potencjał tych oszczędności nie jest duży, bo banki w ostatnich latach (po kryzysie 2008 roku) dokonały głębokich restrukturyzacji kosztów. Pozostaje więc druga ścieżka czyli zwiększenie przychodów. Zwiększenie przychodów w bankach może iść w dwóch kierunkach. Po pierwsze, wzrost opłat, prowizji i oprocentowania kredytów - czego wszyscy się obawiają i co rząd chce sankcjonować. Po drugie, zmiana struktury sprzedawanych produktów - co jest już dużo trudniejsze do sankcjonowania, a jednocześnie podważa wspomnianą tezę premiera Morawieckiego. Szerzej o tym w punkcie 4.

Wzrost prowizji i wysokości kosztów kredytu dotknie wszystkich, którzy mają konta w banku, czyli ponad 60% społeczeństwa. Szacunki przewidywanego kosztu kredytu na mieszkanie w wysokości 300 tys. zł będą wynosiły ok. 20 tys. zł, a więc 7% jego kwoty kapitałowej. Rodzina z dwójką dzieci otrzymując 500 zł też to odczuje, a ci którzy dopłat nie otrzymują (80%) odczują jeszcze bardziej.

3. Rząd epatuje nas twierdzeniem, że 500 zł na prawie każde dziecko spowoduje obdarowanie społeczeństwa kwotą ponad 20 mld zł, co będzie stanowiło impuls popytowy oraz zapewni wpływy z tytułu VAT-u do budżetu. To twierdzenie jest dużym wyczynem intelektualnym, bo zawiera wiele bzdur wyrażonych w tak krótkiej formie. Zajmijmy się tymi bzdurami po kolei.
- Po pierwsze, już dawno M. Friedman powiedział, że "nie ma darmowych obiadów". Żeby ktoś zjadł obiad - ktoś musi go zasponsorować. Nie mamy więc sytuacji, że rząd w swoim dobrodziejstwie daje społeczeństwu ponad 20 mld zł rocznie. Mamy do czynienia z sytuacją, w której zabiera się czterem osobom, żeby dać jednej. Można oczywiście, jak zapewniała pani premier, nie zabierać nikomu, ale wtedy trzeba zwiększać deficyt budżetowy, czyli zabieramy wszystkim przyszłym pokoleniom. Dodatkowo jesteśmy pod kreską dopuszczalnego poziomu deficytu (3%), którego przekroczenie naraża nas na procedurę nadmiernego deficytu z UE.
- Po drugie, zbierając te 22 mld, poza podatkiem od sklepów i banków, rząd będzie musiał sięgnąć do innych źródeł. Będzie więc musiał wprowadzić oszczędności budżetowe albo zwiększyć przychody. Oszczędności budżetowe na kwotę kilkunastu mld są mało prawdopodobne, szczególnie w sytuacji kiedy ok. 80% budżetu to tzw. wydatki sztywne. No chyba żeby rząd byłby tak odważny i zabrał się np. za redukcję największej pozycji w wydatkach sztywnych budżetu czyli za dopłaty do FUS - funduszu, z którego finansuje się emerytury, renty i zasiłki. Dopłaty te stanowią 25% budżetu - kwotę ponad 70 mld zł. Jeżeli rząd sfinansuje dopłaty do dzieci redukcją emerytur, to życzę powodzenia w następnych wyborach. Inne duże pozycje wydatków budżetowych to przykładowo armia (chcemy zwiększyć wydatki z 2% PKB do 3%), NFZ (też blisko 70 mld zł), szkolnictwo oraz żłobki i przedszkola. Którą z tych pozycji chce zmniejszyć rząd.?

- Po trzecie, prawdopodobnie więc rząd będzie musiał się zabrać za podwyżki innych podatków, poza bankowym i sklepowym. Jakikolwiek rodzaj podatków wybierze czy PIT - od ludności, czy CIT - od przedsiębiorstw, czy VAT - od ludności i od przedsiębiorstw, będzie to hamowało wzrost gospodarki. Jest to podręcznikowa zasada.

4. "Cudowne dziecko" do spraw wzrostu gospodarczego w rządzie - premier Morawiecki - głosi swoją sztandarową tezę, że przyspieszy wzrost gospodarczy do 5 i więcej procent przez wzrost inwestycji. Rzeczywiście poziom inwestycji w Polsce jest dosyć niski, na ogół poniżej 20% PKB, co odbiega w dół od średniej UE. Zamierzenie jest więc piękne, ale przyjrzyjmy się źródłom jego sfinansowania. Jest tu kilka uwarunkowań wynikających z powyższej diagnozy.
- Po pierwsze, dlaczego przedsiębiorstwa mają aktywizować swoje własne zasoby finansowe (blisko 250 mld zł), jeżeli rozwój gospodarczy jest zagrożony wzrostem podatków i/lub wzrostem deficytu budżetowego, co nie tworzy korzystnego klimatu gospodarczego.

- Po drugie, premier Morawiecki często mówi o zwiększeniu finansowania inwestycji przez banki. Kto jak kto, ale były prezes banku powinien wiedzieć, że oprocentowanie kredytów dla przedsiębiorstw jest znacznie niższe niż oprocentowanie kredytów konsumpcyjnych. Banki szukając źródła swoich przychodów (patrz pkt. 2) będą zmieniały strukturę swoich produktów raczej w kierunku kredytów konsumpcyjnych, bo na nich mogą więcej zarobić. O ile można sobie wyobrazić, chociaż z trudem, że rząd będzie regulował ustawowo wysokość oprocentowania i prowizji w bankach (kłania się tutaj Cesarz Dioklecjan, którzy próbował regulować ceny kapusty na rynku), to trudno sobie wyobrazić, żeby ustawą kształtować strukturę kredytów w bankach. W tej sytuacji banki prawdopodobnie nasilą kampanie reklamowe w mediach promujące kredyty konsumpcyjne, a w reklamach banku byłego prezesa Morawieckiego obejrzymy jeszcze więcej gwiazd światowego kina. Efekt tego będzie jednak taki, że struktura PKB przesunie się właśnie w stronę konsumpcji, a udział inwestycji raczej spadnie niż wzrośnie. Będzie więc dokładnie odwrotnie niż chciałby guru bankowości premier Morawiecki.

Wnioski:
1. Planowana formuła pomocy rodzinom wychowującym dzieci będzie na pewno kosztowna - pytanie czy będzie efektywna.
2. Nie będzie raczej efektywna pod względem wpływu na gospodarkę, jak zostało to wyżej przedstawione. W dłuższym okresie może mieć nawet wpływ hamujący, bo trzeba jeszcze uwzględnić spadek ratingów, które spowodują wzrost finansowania naszego długu, a więc wzrost deficytu budżetowego niezależnie od wydatków na dzieci.
3. Zostawiam demografom ocenę czy program ten spowoduje przyrost nowych urodzeń. Widziałem szacunki, że spodziewany jest wzrost rocznych urodzeń o ok. 20 tys. dzieci. Przyjmując, że tak będzie, każde kolejne dziecko ponad dzisiejszy poziom dzietności będzie kosztowało 1 000 000 zł. Jakiej stopy zwrotu z tego nakładu inwestycyjnego spodziewa się premier Szydło?
Trwa ładowanie komentarzy...